sobota, 27 października 2012

XXVI


Epizod XXV.


Lekarz, który mnie przyjął wyglądał na co najmniej sześćdziesiąt lat. Na nosie miał wielkie okulary. Ze skupieniem przyglądał się karcie. Po chwili przeniósł wzrok na Zbyszka i na mnie.

- Jak się czujemy? – zapytał z uśmiechem.

- Nie wiem jak pan, ale ja niezbyt dobrze. – odpowiedziałam krótko.

Doktor westchnął i ponownie przejrzał kartę. Podałam mu kilka objawów i zapewniłam, że to tylko zatrucie. Zbyszek, który do tej pory się nie odzywał zabrał głos.

- Myślę, że lepiej to sprawdzić.

- Wykonamy wszystkie potrzebne badania. – powiedział spokojnie doktor.

- Ile to wszystko potrwa? – zapytałam nie mając najmniejszej ochoty tam zostawać.

- Pobierzemy krew, zbadamy próbki…

- Niech pan nie kończy. – skrzywiłam się.

Ustaliliśmy, że zostanę kilka godzin na badaniach, a jutro wrócę po wyniki.

- Jedź na trening. – powiedziałam po wyjściu z gabinetu.

- Nigdzie nie jadę. – odpowiedział stanowczo.

- Zbyszek, to tylko głupie pobieranie krwi. Nie zemdleję. – zaśmiałam się. – Jedź, bo zadzwonię po Krzyśka i Piotra.

- Dzwoń. – machnął ręką. – Będą kazali mi zostać.

- Zadzwonię do trenera. – wyszczerzyłam się.

Bartman uniósł brew przyglądając się mi.

- Taki był Twój plan? Pozbyć się mnie zostawiając taką kalekę w szpitalu? – zapytałam śmiejąc się.

To dziwne, ale porównując obecny stan z tym sprzed kilku godzin mogłam śmiało powiedzieć, że jest lepiej.

- Nie prawda. – zaśmiał się i przytulił mnie mocno.

- Zbyszek, proszę Cię, jedź na ten trening. – powiedziałam nie odrywając się od niego.

Bartman zamyślił się rozważając każdy możliwy plan wydarzeń.

- Obiecuję, że jeśli cokolwiek będzie nie tak to zadzwonię.

- Na pewno? – zapytał patrząc mi prosto w oczy.

Kiwnęłam twierdząco głową i pocałowałam go.

- Pani Bartman? – krzyknęła pielęgniarka wychodząca z gabinetu.

- Pani Bartman? – zapytałam zdziwiona.

- Tak będzie szybciej. – wyszczerzył się, pocałował mnie w czoło i ruszył w stronę wyjścia.

Racja. Gdyby nie to, że jestem ze Zbyszkiem musiałabym czekać tak jak każdy inny pacjent. Chciałam wyjść jak najszybciej ze szpitala, jednak nie odpowiadał mi fakt, że jestem traktowana lepiej od innych. Na poczekalni, przed gabinetem w którym miałam mieć pobraną krew czekały trzy inne osoby. Kobieta z dzieckiem i starszy mężczyzna.

- Poczekam. – powiedziałam.

- Pan doktor kazał pobrać pani krew. – odpowiedziała znudzona pielęgniarka.

Nie dziwiło mnie jej zachowanie. Tyle lat nauki i ciężkiej pracy, żeby kilkanaście razy dziennie pobierać krew.

- Poczekam. – powtórzyłam. – Oni byli tu przede mną i mają pierwszeństwo.

Kobieta w białym fartuchu zmierzyła mnie wzrokiem i zaprosiła kobietę z dzieckiem do gabinetu. Usiadłam na czarnym krzesełku naprzeciwko staruszka. Nie wyglądał za dobrze.

- Taka młoda w takim miejscu? – zapytał zagadując mnie.

Uwielbiałam takich ludzi. Starych, znudzonych, chętnych do rozmowy.

- Nic poważnego, zwykłe badanie krwi.

- Moja wnuczka uwielbia Twojego lubego. – powiedział staruszek uśmiechając się. - Kibicowałem mu na Igrzyskach.

- Niech ją pan pozdrowi. – również się uśmiechnęłam. – Też na pobieranie krwi?

Mężczyzna kiwnął głową i wytarł nos chusteczką.

- U Pana coś nie tak z wątrobą. – powiedziałam przyglądając mu się uważnie.

Białka jego oczu miały lekko żółtawy kolor.

- Od zawsze. – westchnął. – Kiedyś żona o mnie dbała, teraz zostałem sam.

Zamilkłam obserwując go. Też taka będę za sześćdziesiąt lat? Niedołężna, sama, schorowana? Też będę spędzała pół dnia w szpitalu a pół w kościele? Z rozważań wyrwał mnie trzask zamykanych drzwi. Z gabinetu wyszło rozwrzeszczane płaczące dziecko. Zacisnęłam rękę w pięść próbując nie zwracać uwagi na pisk kilkulatka. Pielęgniarka wychodząca z pokoju spojrzała na mnie i na staruszka. Wskazałam palcem na mężczyznę.

- Zapraszam, panie Gajewski.

Staruszek z trudem wstał z krzesła i ruszył w stronę drzwi. Zostałam sama. Mimo, że płaczący dzieciak był piętro niżej nadal słyszałam jego wrzask.

- To tylko igła do cholery… - powiedziałam sama do siebie.

Po kilkunastu minutach pan Gajewski wyszedł z gabinetu.

- Do widzenia Pani. – uśmiechnął się mijając mnie na korytarzu.

- Do zobaczenia. – odpowiedziałam i weszłam do pokoju, w którym czekała na mnie pielęgniarka.

Podciągnęłam rękaw bluzki i w skupieniu czekałam na pobieranie krwi.

- Może pani odwrócić głowę – powiedziała, kiedy do mnie podeszła.

Nie odwracałam wzroku, uwielbiałam patrzeć na strzykawkę wypełniającą się krwią. Po pobraniu krwi przyłożyłam wacik do miejsca wkłucia i opuściłam rękaw. Pielęgniarka podała mi dwa kubeczki.

- To jest upokarzające… - powiedziałam.

Wzięłam je i ruszyłam do łazienki.

- To wszystko? – zapytałam, kiedy wróciłam do gabinetu.

- Jeszcze tylko ciśnienie i jest pani wolna.

Nie miałam pojęcia po co było to badanie, ale nie wdawałam się w dyskusję. Po badaniu wyszłam z gabinetu i ruszyłam w stronę wyjścia. Napisałam wiadomość do Zbyszka, informującą go, że wychodzę ze szpitala.

„ Przyjechać po Ciebie?” – odpowiedź nadeszła błyskawicznie.

Odpisałam, że wezmę taksówkę i tak też zrobiłam. Auto pojawiło się po kilkunastu minutach. Podałam adres i ruszyłam w drogę do domu. Po piętnastu minutach byłam na miejscu. Zapłaciłam kierowcy i weszłam do mieszkania. Byłam cholernie głodna, więc zdecydowałam się na gofry z cukrem pudrem w nadziei, że mi nie zaszkodzą. Zjadłam dwie sztuki, przebrałam się i zaczęłam sprzątać. Łazienka wyglądała tragicznie, więc od niej zaczęłam. Po godzinie szorowania wyglądała jak nowa. Przed szesnastą całe mieszkanie lśniło.

- Nie potrafisz siedzieć i odpoczywać, prawda? – spytał Bartman widząc posprzątaną przestrzeń.

Uśmiechnęłam się i weszłam do kuchni.

- Głodny?

- Pewnie. – odpowiedział szybko. – Jak badania?

Po chwili był w kuchni.

- W porządku. Wszystko dostarczyłam, mam wrócić po wyniki o dziesiątej.

Zrobiłam jedną porcję spaghetti.

- Nie jesz? – zapytał biorąc talerz zjedzeniem.

- Wolę nie ryzykować. – chwyciłam się za brzuch. – Jadłam już.

Bartman szybko pochłaniał jedzenie dopytując o szczegóły badań.

- Nie robili żadnych problemów?

- Właściwie tylko jeden, ale dałam sobie radę. – uśmiechnęłam się.

Opowiedziałam mu o sytuacji na korytarzu i przyznał mi rację.

- Nie chcę być traktowana inaczej. – powiedziałam kończąc temat moich badań. – Jak trening?

- Tak jakoś… - zamilkł. – Nie mogłem się skupić przez ten szpital, denerwowałem się.

Zignorowałam to i zapytałam co u innych zawodników.

- Krzysiek i Piotrek się martwią.

- Powiedziałeś im o badaniach? – jęknęłam.

- Musiałem komuś powiedzieć. – stwierdził przytulając mnie.

Wieczorem oglądaliśmy jakiś film z Douglasem na TVN. Wciąż mnie mdliło, więc wypiłam kubek zielonej herbaty i położyłam się wcześniej.  

- Na którą jutro? – zapytałam Bartmana kiedy przyszedł do sypialni.

- Jest pierwsza a Ty jeszcze nie śpisz. – powiedział karcąco.

Denerwowałam się. Byłam pewna, że to zatrucie, jednak cały czas rozważałam wszystkie inne opcje.

- Będzie okej. – szepnął przytulając się do mnie. 

- Wiem, że będzie. – powiedziałam bez przekonania.

Zbyszek pocałował mnie i przykrył dokładnie kołdrą. Uśmiechnęłam się i zamknęłam oczy.


Obudziło mnie pikanie budzika. Była dziewiąta rano.

- Chyba rozmawialiśmy o Twoim opuszczaniu treningów. – powiedziałam widząc Bartmana w łóżku.

- Mam urlop.- odpowiedział uśmiechając się.

Westchnęłam i odrzuciłam pościel na bok. Wzięłam prysznic, ubrałam się i zrobiłam nam śniadanie. Zbyszek zjadł tosty,  ja szklankę jogurtu naturalnego.

- Jak Cię wyleczymy idziemy na obiad do Maca. – stwierdził. – Sama skóra i kości.

Miał rację. Przez wymioty i „dietę” zgubiłam kilka kilogramów. Zdecydowanie wolałam siebie z przed kilku tygodni. Cały czas byłam blada, a momentami wręcz 
sina. Po śniadaniu wsiedliśmy do auta i pojechaliśmy do szpitala. Na miejscu byliśmy o dziesiątej czterdzieści.

- O, są już państwo. – powiedział doktor  kiedy szliśmy korytarzem w stronę jego gabinetu. – Wyniku już są, proszę iść pod dwieście trzy.

Po chwili staliśmy przed wskazanym pokojem czekając na doktora. Wpuścił nas do gabinetu i usiadł w swoim fotelu.

- Mogę? – zapytał wskazując na Bartmana.

- Jasne. – odpowiedziałam szybko.

Nie zamierzałam niczego ukrywać przed Zbyszkiem, chciałam, żeby tam był. ZB9 mocno ścisnął moją dłoń. Czekałam, aż lekarz w końcu się odezwie.

- Pani Aneto… - zaczął urywając zdanie.

Spojrzałam na niego zdezorientowana.

- Nie jest dobrze. – dokończył.

________________________________________________________________________